Był zimny, wietrzny i deszczowy dzień. Słońce powoli chowało się ku choryzontowi ustępując i oddając władzę swojej starszej siostrze Nocy. Jednakże tak samo noc jak i dzień wiedziały,
że jest to dopiero początek wydarzeń które miały nastapic w tak małym mieście jakim był Hotris. Liczba mieszkańców tego miasteczka nigdy nie przekroczyła liczby 50 tyś.
Ot zwykła mieścina znajdująca się wśród pięknych i bujnych lasów. Z racji tego, ze była otoczona górami i prowadziła do niej tylko jedna droga mogła by stać sie niezdobyta twierdzą.
Miejscowe legendy nawet mówią, że w średniowieczu stacjonowały tu wojska obronne jednak nie pozostały żadne dowody by tą tezę udowodnić.
A ludowe legendy jakoś do mnie nie przemiawiają pomyślałem i postanowiłem chociaż na moment przerwać moja pracę. Pewnie myślicie, że jestem jakims naukowcem, pisarzem lub
historykiem badającym historię tego miasta. W pewnym sensie macie nawet rację. Otóz piszę artykuł do szkolnej gazetki której jestem redaktorem. Mam na imie Glen, lat 15.
Urodziłem sie z tym mieście jednak w wieku 5 lat przeprowadzilismy sie z rodzicami do stolicy Albionu bo ojciec dostał posade jako pracownik bardzo dużej firmy farmaceutycznej.
Z racji tego, że niedawno dostał awans a jedyne miejsce z wolnym stanowiskiem na kierownika było w jego dawnym mieście zamieszkania zgodził
sie praktycznie bez zastanowienia i niedługo potem bylismy już w mieście jak to nazwałem na końcu swiata. Na szczęście jest internet pomyslałem.
Bo gdyby nie to zapewne byłbym odciety od informacji ze swiata
jak w jakies wiosce z 12 wieku.
Nastepnego ranka wstałem jak zwykle niewyspany. Pobiegłem do łazienki jako tako sie ogarnąłem i przelatując jak odrzutowiec przez kuchnie zgarnąłem ze stołu moją zdobyć - tosta z serem.
- Pędzę do szkoły. Narazie. - powiedziałem i czym prędzej wyskoczyłem na dwór gdzie oblały mnie ciepłe i jaskrawe płomienie słoneczne. W końcu jest ciepło pomyślałem z radościa.
Nawet perspektywa spędzenia 6h w szkole mnie nie przerażała.
W pewnym momencie usłyszałem kroki za sobą i dostałem lekkiego kuksańca pod żebra.
- Hej Glen prosiłam zebys poczekał na mnie a ty jak zwykle bujasz w obłokach i o mnie zapominasz - powiedziała naburmuszona.
- Przepraszam Leya. Wybacz. - Odpowiedziałem jej ze skrucha w głosie. Leya to była moja przyjaciółka która niedawno poznałem i sąsiadka. Nie mam mozliwości by sie od niej uwolnic chodź na moment.
Uwierzcie mi, ze nawet w szkole, bo chodzimy do
tej samej klasy. Mówi sie trudno i zyje się dalej. Nie żebym jej nie lubił, bo ona jest jedyną osoba której moge sie tak naprawdę zwierzyć jednakże jest jak taka przylepa i
nie odstąpia mnie na krok.
W połaczeniu z jej gadulstwem daje to nadzwyczaj silny i wybuchowy efekt. Pewnie jak zwykle zapyta się mnie czy nie chciałbym u niej dzisiaj nocować. 3, 2, 1...
- Glen... - zaczeła mówić górączkowo.
- Nie. - odparłem szybko.
- czemu? - spojrzała na mnie i zrobiła tą płaczliwą minkę jednak ja znałem juz ja na pamięć i mimo, że wiedziała, ze to na mnie juz nie zadziała nadal probowała tego tricku.
-Nie mogę mam dużo pracy. - była to prawda bo znowu wertowałem stare ksiegi w poszukiwaniu legend i opowiadan dotyczacych tego miasta.
- Mam cos co Cie zainteresuje. - powiedziała niespodziewanie i wepchneła mi w rękę zdjęcie z tajemniczo wygladającym medalionem i dziwnym sztyletem. - Znalazłam to ostatnio w
dziwnej skrytce w piwnicy jak szukałam świec podczas
ostatniej burzy.
- Pewnie to wydrukowałaś z internetu. - odparłem.
- Jak mozesz to mówić. czemu mi nie wierzysz. - odparła już na serio zła.
Może nie kłamie, pomyslałem.
- Ok, przyjde do Ciebie po szkole ale jeśli to kłamstwo
to juz nigdy sie do Ciebie nie odezwę - powiedziałem z powagą.
- Okej, to jesteśmy umówieni. - powiedziała radośnie nie tyle z tego powodu, ze się zgodziłem ale również z tego, ze zobaczyła ten błysk w moich oczach którego ze swieca mozna szukać u
innych odkrywców.
- Tylko nie myśl, że to randka powiedziałem. - Ale zaraz skonczyłem bo naszym oczom ukazał się wielki ceglany budynek szkoły do której uczęszczaliśmy.
Rytmiczny bieg i oddech jedyne to co zdradzało jego istnienie. Zapomniał już ile czasu ucieka. Jedną ręka otarł pot z czoła a w drugiej trzymal drogocenny kielich bogów.
Był ścigany a jednak bez problemu udawało mu sie uciekac. Tylko ile? Niedługo skończy mu sie siła a on musi wykonac swoja misje.
Nie może tu umrzeć. Strach przed smiercia a jednocześnie uczucie obowiązku pchały go do przodu. Walka o życie może i jest ciekawa ale także bardzo męcząca.
Biegł przez las. W zupelnie nieznanym mu miejscu. Ukradł coś bardzo ważnego ale takie polecenie dostał od swojego pana. No cóż, niesubordynacje również karano śmiercią.
Także wyboru nie miał zbyt dużego. Tu smierć i tu śmierć w przypadku porażki. Jedyne co mu zostało to wykonac swoja misje do konca.
Mimo, że był wyszkolony w tajemnych sztukach walki. nie mógł nic zrobic gdyz miał nie wdawać sie w zadne konflikty podczas trwania zadania.
Oczywiscie takze scigalo go zbyt duzo wrogów by mógł zabic ich zupełnie po cichu a taki miał styl walki. Na szczęscie niedaleko było miasto. Tam mógł sie skryć wśród ludzi
i niezauważenie wybijac jednego po drugim swoich wrogów oraz wykonac zadanie. Czyli spotkac sie z wielkim magiem który stacjonował w owym mieście.
Jakieś 15 metrów przed sobą ujrzał tabliczkę z nazwą owego tajemniczego miejsca do którego zmierzał. Było to Hotris.
_________________