Nawigacja
Czytelnia » Recenzje » The Pilot's Love Song - recenzja anime
Recenzje
The Pilot's Love Song - recenzja anime
Oto kolejna opowieść o miłości - jednak tym razem opowiedziana z perspektywy szukającego zemsty księcia, który zapragnął zostać pilotem. I oto następny dowód na to, że fabuła wcale nie musi być najważniejsza.

Tytuł: The Pilot's Love Song ; Toaru Hikūshi e no Koiuta
Rodzaj: Seria TV ( 13 x 24 min. )
Gatunek: Przygodowy, Dramat, Fantasy, Romans
Premiera: Styczeń 2014
Wiek: 16+




Ojcem serii jest Koroku Inumara, a więc człowiek odpowiedzialny za wydane wcześniej The Princess and the Pilot, rozgrywające się w tym samym uniwersum, co omawiany teraz tytuł. Inumara specjalizuję się w tworzeniu opowieści z gatunku Light Novel - tak więc, do czynienia mamy z historią skierowaną głownie do średniej/starszej wiekowo młodzieży. I o ile nowelki pana Inumary bym raczej nigdy z własnej woli nie przeczytał, tak wyprodukowaną przez studio animacji TMS entertaiment wersję animowaną, obejrzałem z niekłamaną przyjemnością.

Fabuła na dwa z plusem


Isla to kawałek unoszącego się wysoko w powietrzu lądu o wielkości małego hrabstwa. Odkrywszy, iż Islą da się manipulować stosując pierwszą zasadę dynamiki Newtona, zaradni ludzie postanowili wyposażyć jej strukturę w parę olbrzymich silników odrzutowych, a także wybudować na jej powierzchni okazałe miasteczko, szereg pasów startowych, kilkanaście hangarów oraz szkołę lotniczą wraz z akademikami – i wszytko po to, by wykorzystać ją jako ekonomiczny, długodystansowy środek transportu, umożliwiający naukową-militarno-filozoficzną pielgrzymkę na sam koniec znanego człowiekowi świata. Aż do samego Kresu Nieba.

Jednymi z dobrowolnych kandydatów na wyprawę, są młody Kal-el Albus i jego siostra, Ariel. Poznajemy ich w momencie uroczystego pożegnania z rodzicami i zarazem wielkiej fety na cześć rozpoczęcia wieloletniej podróży – dodajmy, że dla uczestników niekoniecznie przewidziano bilety powrotne. I w zasadzie to tyle jeśli chodzi o fabułę.

Na pierwszy rzut oka może i nie wydaję się ona wcale taka banalna. Wiadomo, później dochodzi rozwiązanie kwestii dotyczącej pochodzenia głównego bohatera, jeden czy dwa zwroty akcji, jakiś konflikt - i tak dalej i tak dalej. Przyznaję z resztą, że sam koncept wraz z uniwersum są co najmniej intrygujące. Jednak gdy się to ogląda jest jakoś tak – hmm – usypiająco i do bólu wtórnie. A gdy się tak później siada zastanawiając nad dotychczasowym przebiegiem scenariusza – no cóż – nie idzie się zastanawiać, bo to coś równie porywającego jak cieknąca woda z nieszczelnego kranu. Na całe szczęście to nie fabuła przyciąga do dalszego seansu.

Steampunk – ale jednak nie do końca


Cały urok tej serii zawarto moim zdaniem w jej odmiennym klimacie. Autentycznie jest tu zawarta jakaś dziwna magia starych amerykańskich filmów pokroju Top Guna czy Pearl Harbor. Podczas seansu prawie cały czas czułem się jak gdybym oglądał produkcję stworzoną przez zjaponizowaną wersję Michaela Baya. Omawiana tu twórczość odznacza się trudną do uchwycenia atmosferą, przypominającą sceny, rodem z pożółkłych fotografii okresu międzywojennego lat czterdziestych. Początkowo nasuwały mi się nawet gatunkowe porównania do steampunku. Owszem, mamy tutaj coś z dziedziny ,,pary'', ale ostatecznie nie wydaję mi się, aby można było to anime za jego pełnoprawnego przedstawiciela uznać. Jakoś za mało steampunku w tym steampunku. Oprócz wielkich, latających statków matek oraz odmiennej historii stworzenia świata – to działający na niemal identycznych zasadach i technologiach świat co ten w którym żyjemy. Ot fikcyjne państwa, geografia i konflikty.
Jednak jakkolwiek by nie opisywać klimatu tej bajki – jawi się on w naprawdę niepowtarzalny i wyjątkowy sposób. Takiej przyjemnej i magicznej atmosfery w anime nie uświadczyłem od dawna. Zdecydowanie najmocniejsza strona produkcji.


Pieśń o miłości


Bardzo istotnym aspektem występującym w tej opowieści jest miłość. Do tego pojawia się ona w ilości mnogiej i wcale nie okazuję się tak oczywista, jak to by się mogło z pozoru wydawać. Przynajmniej nie w przypadku zamieszanych w to uczucie postaci drugoplanowych, choć o tym za chwilę. Najpierw może skupię się na głównym wątku romantycznym angażującym dwójkę głównych bohaterów. Powiem tak – zapewne widzieliście taką lub podobną sytuację już setki razy (czy to w anime czy w życiu). Zaczyna się od spadającego w rowerze łańcucha pewnej szlachcianki i podania pomocnej dłoni przez Kalela - poprzez epizod w jeziorze (gdzie bohaterka zostaje cała przemoczona) - a kończy w momencie, kiedy adorator odprowadza dziewczę do akademika. Typowe, półodcinkowe wszczęcie romansu w stylu light novel. I bynajmniej się z tego nie nabijam. Bo poprowadzenie tego wątku wyszło autorom nadzwyczaj dojrzale oraz zaskakująco subtelnie. Obyło się nawet bez stereotypowej, głupiutkiej nieśmiałości (wiecie o co mi chodzi) czy potoku bezsensownych, przedramatyzowanych słów. Chociaż tempo budzącego się uczucia i stawiania kolejnych kroków w związku rozwija się dość leniwe, to oglądałem je bez odruchu wywołanego przejedzeniem słodyczy.

Skoro najważniejszy z punktu widzenia fabuły wątek miłosny mamy za sobą, wspomnę w końcu o innych – moim zdaniem lepszych – a jednym wręcz wybitnie wyróżniającym się. Ten ostatni, wykreowany pomiędzy Mitsuą a Chicharu, mimo, iż nie przedstawiony w tak ostentacyjny i oczywisty sposób jest zaiste prawdziwą perełką. Moim zdaniem twórcy dobrze zrobili skąpiąc w ich przypadku czasu antenowego, gdyż wyszedł on przez to na pewnego rodzaju mocny, emocjonalny akcent, który bardzo dobrze zrobił całej serii. Mamy więc do czynienia z jedną z tych sytuacji, gdzie losy pobocznych bohaterów interesują nas o wiele bardziej, aniżeli tych grających pierwsze skrzypce.

Reszta konfiguracji występujących na Isli par miłosnych czy przyjacielskich zażyłości, też została skonstruowana w bardzo ciekawy sposób – jak wspomniałem wcześniej, ciekawszy nawet od tego, co dzieję się pomiędzy Kalel-em a jego wybranką. Tym nie mniej w tej kwestii nie ma sensu się zbytnio rozwodzić. Po obejrzeniu sami stwierdzicie, co było warte większej lub mniejszej uwagi.

The Pilot Love Song to naturalnie historia ubrana w pewnego rodzaju dramaty i wszelkie tragedie – czy to związane z konfliktem, czy może z osobistymi przeżyciami – a jeden z takich dramatów, dotyczy... No nie, tego kogo i czego on dotyczy, zdradzić nie mogę. Dodam tylko, że zaserwowano tu widzom taki jeden, naprawdę smutny moment. Także co wrażliwsi mogą przygotować sobie jakieś chusteczki do otarcia łez. Poza tym, skupiając się na merytorycznej części – uniknięto przedramatyzowań i zbytecznego patosu. Jak najbardziej jest to in plus.


Niebo jeszcze nigdy nie było tak piękne


Oprawa animacji to coś, co naprawdę potrafi wzbudzić zachwyt. Bardzo szczegółowa i marzycielsko wręcz kolorowa grafika z lekko bladym filtrem nie może się nie podobać. Nie wiem jak by to trafnie ująć, ale spróbuję może tak: patrząc na stronę wizualną, wyobraźnia od razu przenosi nas w okolice starej, drewnianej farmy otoczonej polami zbóż ze stojącym obok, zakrytym zakurzoną płachtą dwupłatem, a hen daleko na widnokręgu – słońce chowa się za łańcuch górski, odbijając ostatnie promienie w wielkim, ciemnobłękitnym jeziorze u ich podnuża. Jeśli potraficie sobie to wyobrazić oraz lubicie taki plener – będziecie zachwyceni. Co do postaci. Każda z nich jest niepodrabialna i trudna do pomylenia z innymi osobami. Stylowo są one podobne – co by daleko nie szukać - do projektów użytych w Sword Art Online. Mamy zatem do czynienia z najbardziej uniwersalną i przyjemną kreską używaną w anime. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak dbałość o detale. Na przykład, kiedy przyjrzymy się stojącym w mieście domom, to zauważymy, że przez ich okna dość wyraźnie widać wewnętrzny wystrój danej kondygnacji. Co zaś się tyczy najważniejszego tj. statków powietrznych, to potraktowano je równie sumiennie co miasto oraz jego sielankowe krajobrazy – ich kokpity, oznaczenia, pięknie animowane mechanizmy (choć samo w sobie ,,latanie'' tutejszych maszyn zanimowano dość sztywno) – są bardzo wyraźne i wiarygodne.

Całemu temu pięknemu obrazkowi towarzyszy całkiem przyjemna i melodyjna muzyka instrumentalno - elektrorniczna. Niektóre fragmenty zostały skomponowane nadzwyczaj chwytliwie, a niektóre tak, by zwyczajnie nie przeszkadzać przy oglądaniu. Opening i ending, których to zawsze się czepiam (bo w jakichś osiemdziesięciu procentach tego co do tej pory w różnych anime słyszałem - szczerzę ich nienawidzę), tutaj nawet dają radę. Spokojne i ładne piosenki zawsze są w stanie się obronić.


Jedna, dwie rysy i czar pryska


Niczym wykonana z plexi szybka w kabinie lotnika, anime to zostało wykonane nadzwyczaj solidnie, bo pomimo paru widocznych zarysowań z ekranu nie bije rozczarowanie i aż tak rażące po oczach błędy. Ale z czystej chęci kilka takich upierdliwych zadrapań uwypuklę, co by chwilowo sprowadzić serię na ziemię. Niech ktoś mi wytłumaczy, jakim cudem chłopiec o aparycji podrzędnego żołnierzyka, siedząc w pędzącym samolocie jako nawigator pilota jest w stanie skutecznie strzelać z gigantycznego karabinu snajperskiego w inne samoloty i za każdym razem trafiać?? Owszem, anime to tylko zabawa, w której to godzimy się na pewne umowności. Ale jeśli łapiemy wczuwkę i robi się całkiem poważnie, a tu nagle tak wyraźne wybijające z rytmu niedociągnięcia wywołujące salwę absurdalnego śmiechu? Albo zupełny brak reakcji pilotów na przeciążenia w postaci zawrotów głowy podczas kręcenia korkociągów lub innych akrobatycznych ewolucji? Gdyby chociaż bohaterowie mieli jakieś moce, albo byli, nie wiem – cyborgami... W tym przypadku jest to całkowicie niczym nieuzasadnione wybicie z kontekstu. Możliwe też, że to ja się zbytnio czepiam no ale... bez przesady.

Gdybym był scenarzystą, pokusiłbym się również o kilka dodatkowych minut dla niektórych dalszoplanowych charakterów, zdecydowanie bardziej ociekających intrygującym potencjałem osobowościowym od pierwszoplanowej parki.

Niebo nie tylko dla odważnych


Podsumowując. Zachęcam do obejrzenia tego produktu. Ma unikatowy, zahaczający gdzieniegdzie o okruchy życia klimat, niezwykłych w swej zwyczajności protagonistów, sporo niezbyt autentycznych, acz satysfakcjonujących momentów akcji w przestworzach i niezłą, miłosną opowieść/i. Nie da się niestety ukryć, że jest to raczej seria skonstruowana do obejrzenia tylko pod jeden raz i do nagłego zapomnienia. Co jednak wadą nie jest, prawda?


YouTube wideo
Oceń artykuł:
Przeczytaj więcej o:
Komentarze
Nie posiadasz zezwoleń do pisania komentarzy.
Od najstarszych Strzałka w dół Od najnowszych Strzałka w górę
0
barthes8 29 Listopada 2014r. 1:04
Z tym podsumowaniem to się zgadze prawie w 100% ,bo dla mnie to nie był dobra miłosna opowieść ,bo jakoś tak dla mnie to była przeciętna ,a nawet słaba opowieść romantyczna.
Ale artykuł mi się podoba :D (przez chwile nawet myślałem ,ze na on-a wreszcie newsy będą częściej pisane ,a tak się nie stało ale w końcu to on-a ,więc nie lol) ^^'
Nie posiadasz zezwoleń do pisania komentarzy.
Strona fanów japońskiej popkultury On-Anime 2009 - 2020
Napędzana przez autorski skrypt On-Anime 4, wykonany przez jednego z największych leni na świecie.